Wreszcie nadeszła
niedziela. Nie wiedział, czy istnieje lepszy dzień, biorąc pod uwagę, że ten
był jedynym, w którym mieli tylko poranny trening. To jak święta. A nawet
lepiej! Zimą jeszcze więcej demonów wychodziło na ulice Nowego Jorku. Miały na
to wpływ oczywiście krótsze dni, a co za tym idzie, zmrok zapadał dużo
szybciej, co dawało stworzeniom nie z tego wymiaru moc możliwości.
Alec wstał z
łóżka, przeciągnął się leniwie i odsunął zasłony w jedynym oknie, jakie
znajdowało się w jego nigdy do końca niewykończonym pokoju. Dzień zapowiadał
się pięknie! Słońce powoli wyłaniało się zza szczytów oszklonych wieżowców.
Uroki mieszkania w wielkim mieście. Spojrzał w dal i przez jego myśli przemknął
obraz szklanego miasta, Alicante. Nie da się tego opisać. Ten, kto raz ujrzał
mieniące się demoniczne wieże w blasku porannej jutrzenki, nigdy nie zapomni
tego widoku.
Z zadumy wyrwał
go zegar, który w tym momencie wybił godzinę 7:00. „Pofolgowałem sobie dzisiaj”
– pomyślał chłopak i nie czekając ani chwili, włożył spodnie, koszulkę i buty,
po czym krzepkim krokiem, w cudownym nastroju zszedł do sali treningowej.
Trening nie był dzisiaj długi. Samodoskonalenie się to chyba ulubiona forma
ćwiczenia Alec’a, który – jako indywidualista – lepiej radził sobie, gdy nikt
nie patrzył. Nie był wtedy narażony na niepotrzebny stres, czy kompromitację,
której jednak do tej pory nie odczuł, podobnego dyskomfortu.
Krótka, acz
dokładna rozgrzewka, po kilka serii ćwiczeń wzmacniających, następnie pobieżne
ćwiczenia na wytrzymałość. Nie trwało to długo, lecz chłopak za każdym razem
dawał z siebie wszystko, gdy przekraczał próg sali treningowej. Zmęczony, ale
pełen pozytywnej energii i wytworzonych w trakcie wysiłku endorfin, wrócił do
pokoju i od razu wziął szybki prysznic, po którym zmienił ubranie na zwykłe
czarne spodnie i lekko wyciągnięty T-shirt, a następnie zszedł na śniadanie.
-Cześć Church! –
rzucił do kota, który wylegiwał się na korytarzu. – Co u ciebie? – zagadnął
wesoło, jednak w odpowiedzi otrzymał jedynie ciche mruknięcie. Postanowił uznać
je za „W porządku” i ruszył dalej.
-Dzień dobry rodzino! – przywitał się przekraczając próg
kuchni, w której rezydowali właśnie Isabelle i Jace. – Może znajdzie się dla
mnie trochę masła orzechowego?
-Dobry wybór. – podjął od razu Jace. – Przypuszczam, że
kanapki wyjdą Isabelle lepiej niż to. – po czym podniósł na widelcu coś, co
miało zapewne być jajecznicą, jednak zdolności kucharskie ich siostry okazały
się niewystarczające. Dziewczyna rzuciła
blondynowi znużone spojrzenie.
-Następnym razem to ty robisz śniadanie, Wayland! I obiad. –
przystanęła na chwilę w zamyśleniu, po czym dodał. – I kolację też. Biorąc pod
uwagę jak często krytykujesz moją kuchnie, powinniśmy poczuć się jak w
renomowanej restauracji.
Alec parsknął
śmiechem, zasłaniając usta ręką, aby nie drażnić bardziej Jace’a, który już i
tak cierpiał niemiłosiernie z powodu urażonej dumy.
-Wychodzisz z nami wieczorem na miasto? – zagadnęła wesoło
Clary, która dopiero co weszła do kuchni. Alec zmierzył ją wzrokiem i
automatycznie przyjął swoją codzienną, niewyrażającą uczuć twarz. Nie potrafił
powiedzieć, dlaczego nadal tak na niego działała. Odkąd miał Magnusa, nie
musiał być zazdrosny o Jace’a, ale uczucie do czarownika prawdopodobnie nie
sprawiło, że to drugie osłabło. Doszło do niego po prostu, że jest ono
niemożliwe do spełnienia. A jednak… Calry miała w sobie to, coś, co sprawiało,
że irytowała go jej obecność.
-Nie. – rzucił krótko. – Idziemy dzisiaj z Magnusem na małe
przyjęcie do jego przyjaciela. – dodał nie chcąc wyjść na gbura. Spodziewał się
poczuć na sobie dziwny wzrok rodzeństwa, ale nie doczekał się go. Najwyraźniej
z biegiem czasu zdążyli się przyzwyczaić do takiego stanu rzeczy, choć dla
nikogo nie było to coś do końca normalnego. No, z wyjątkiem samego Alec’a,
który czuł się dużo lepiej niż zwykle, nie musząc utrzymywać swoich uczuć w
tajemnicy. – Może zjem w pokoju. –
zaproponował, biorąc kanapkę do ręki i wychodząc z kuchni, nie żegnając się z
obecnymi w niej.
„Czy to nie za
szybko”? pomyślał Alec, będąc już sam w swoim pokoju. „Może pomyśli, że zbytnio
się narzucam”. Nie mógł się doczekać
spotkania z Magnusem. Chciał spotkać się z nim jak najszybciej. Przeszło mu
przez myśl, żeby szybko zjeść i podejść
do niego, jednak nie wiedział jak czarownik odbierze taką niespodziewaną,
poranną wizytę. Rozmyślał nad tym przez chwilę, starannie ważąc każdą z
możliwych sytuacji, w rezultacie jednak zdecydował, że nie ma nic złego w
spotkaniu się trochę wcześniej, niż mieli w planach.
Kwadrans później
szedł już zatłoczonymi ulicami wielkiego miasta. Nie widział potrzeby aby
używać runy niewidzialności. Nie było to polowanie na demony, jednak w głębi
serca czuł tę samą adrenalinę. Po jakimś czasie skręcił w ulicę prowadzącą na
Manhattan, gdzie Magnus posiadał swoje nieduże, przytulne, ekscentrycznie
urządzone mieszkanie. Odnalazł właściwe drzwi i zastukał kołatką. Nikt nie
otwierał. Powtórzył więc czynność, tym razem nieco głośniej, aby upewnić, się,
że właściciel na pewno go usłyszy. Niestety i to nie przyniosło rezultatów.
Postanowił więc nacisnąć na klamkę. Ku jego zdziwieniu, drzwi od razu ustąpiły.
Wszedł do środka i od razu przywitał go słodkawy zapach, jaki zwykle
towarzyszył osobie Magnusa. Rozejrzał się po mieszkaniu, lecz nie zauważył
niczego niepokojącego. Skierował się do sypialni. Przesunął lekko szklane drzwi
i zobaczył Magnusa, śpiącego w najlepsze pośród masy poduszek. Na skraju łóżka
pochrapywał leniwie Prezes Miau. Podszedł na palcach do czarownika, usiadł
powoli na łóżku i położył mu rękę na ramieniu, ku jego zdziwieniu tym razem
wolnego od jakichkolwiek śladów brokatu.
-Magnus. – szepnął mu do ucha, celowo muskając je wargami. –
Wstawaj.
Czarownik niedbałym ruchem strącił rękę Alec’a, mówiąc: -
Prezesie Miau, to chyba nienajlepsza pora na przekąskę. – Mlasnął ustami, po
czym wrócił do spania.
-Magnus. To ja, Alec. – na dźwięk tego imienia mężczyzna
jakby się nieco ożywił. Rozchylił leniwie powieki i zamrugał kilka razy,
najwyraźniej próbując złapać ostrość. – Przyszedłem trochę wcześniej, mam
nadzieję, że nie przeszkadzam. – chłopak wyszczerzył zęby, widząc skwaszoną
minę Magnusa, który chyba nie wiedział, czy na pewno już się obudził.
-Nie, skąd, rozgość się w moim cudownym śnie. – powiedział,
po czym uszczypnął się lekko w rękę i dodał. – A nie! Przepraszam! To jednak
nie sen. Bo ktoś tu lubi składać niezapowiedziane wizyty. – zrobił poważną minę
i spojrzał groźnie na Nocnego Łowcę -
Nie spodziewałem się togo po tobie, Alexandrze Lighwood! – Alec przestraszył
się, że czarownik naprawdę jest na niego zły, jednak to uczucie minęło, gdy na
jego twarzy pojawił się promienny uśmiech znaczący jedynie o tym, że był to
tylko bardzo udany żart. – Coś się
stało, że przychodzisz tak szybko?
-Nie. – odparł już zupełnie wyluzowany Alec. – Nie miałem co
ze sobą zrobić, myślałem, że może wpadniesz na jakiś pomysł, odnośnie tego, co
możemy zrobić z tak pięknym dniem. Co ty na to?
-Oczywiście, że mam. Już dawno powinienem był zabrać cię na
jakieś porządne zakupy. Nie mogę patrzeć na to, jak odstajesz od reszty
towarzystwa na wszystkich przyjęciach, na które nas zapraszają.
-O nie! Tylko nie to!- Alec zgłosił jawną dezaprobatę, ale
widząc wzrok czarownika pod tytułem „sam
chciałeś, żebym podał propozycję, więc teraz twoje życie należy do mnie”, nie
miał serca mu odmówić. – No dobrze. Zgoda, ale najpierw może coś zjesz? –
zaproponował.
-Świetnie! – zgodził się Magnus. – Zgłodniałem przez noc.
Ale musisz mi pozwolić na pięć minut dla prysznica. – widząc aprobatę Alec’a, w
mgnieniu oka wyskoczył spod kołdry i skierował się w stronę łazienki. Nocny
Łowca w tym czasie poszedł rześkim krokiem do kuchni. Nie czekając ani chwili,
otworzył lodówkę i wyjął z niej kilka jajek oraz kostkę margaryny i wziął się
za robienie jajecznicy. Było to jedno z nielicznych dań, które naprawdę dobrze
mu wychodziły. Nie minęło więcej niż dziesięć minut, gdy Magnus wyszedł spod
prysznica i usiadł do stołu, gdzie czekał na niego talerz świeżo zrobionej
jajecznicy, grzanki i kubek gorącej kawy.
-No no no! Nie spodziewałem się tylu dobrodziejstw. –
powiedział, posyłając przy tym Alec’owi najpiękniejszy uśmiech na jaki mógł się
zdobyć. Chłopak kochał, gdy Magnus uśmiechał się w ten sposób. Najszczerszy
jaki był w stanie sobie wyobrazić.
-Więc… - zaczął Alec, gdy czarownik zapychał sobie usta
jedzeniem. – Gdzie chciałbyś pójść dzisiaj na zakupy?
-Myślę. – przełknął spokojnie kawałek tostu. – Myślę, że zważywszy
na charakter dzisiejszego przyjęcia, wybierzemy się na szybki wypad do Europy.
Co powiesz na Paryż?
-Paryż? – uniósł brwi z zaskoczenia. – Jesteś pewien? Nie
wydaje ci się lepszą opcją jakaś nowojorska galeria handlowa? Wszyscy się w
takich ubierają.
-I tu jest problem drogi Alexandrze! Chcemy zrobić z ciebie
na ten wieczór kogoś innego niż „wszyscy”.
Nie sposób
wyrazić, jak bardzo to stwierdzenie nie spodobało się Nocnemu Łowcy. Jednak
chciał jakoś zrekompensować Magnusowi tę zbyt wczesną pobudkę, toteż nie
protestował, tylko pozwolił mu działać. W gruncie rzeczy będzie musiał ubrać te prawdopodobnie bardzo
świecące, ozdobne ciuchy tylko na to jedno przyjęcie, a zaraz po nim znów
wskoczy w swój ulubiony rozciągnięty T-shirt i postara się jak najszybciej
zapomnieć o zaistniałej sytuacji.
Czarownik nie
spieszył się zbytnio z jedzeniem. Patrząc na niego i widząc, że to zajmie
chwilę czasu, Alec również zdecydował się na kawę. „Potrzebuję jakiejś pomocy z
zewnątrz” – pomyślał. „To będzie długi dzień”.
- Wszyscy nieśmiertelni mają zawsze na wszystko czas,
prawda?
-Nie! Wcale nie, chociaż większość owszem. Jeśli o mnie
chodzi, zależy.
-Od czego?
-Od sytuacji. – zrobił zdziwioną minę, jakby właśnie
powiedział coś najbardziej oczywistego na świecie. I to była właśnie przyczyna,
dla której Alec nie zwykł zadawać wielu pytań. Bał się, że wyjdzie na kogoś
mniej douczonego od reszty. – Oh
Alexandrze… Myślałem, że Nocni Łowcy są bardziej wyedukowani. Widzę jednak, że
uczą was tylko sztywnych faktów, żebyście później nie wiedzieli nic o tym jak
jest w prawdziwym życiu. – Położył szczególny nacisk na przedostatnie słowo.
Chłopak patrzył na niego wyczekująco, toteż czarownik kontynuował. –Wszystko
zależy od tego, ile lat masz. Co prawda większość po dwusetnych urodzinach
traci rachubę. Ale rzecz w tym, iż im krócej jesteś nieśmiertelnym tym masz
mniej czasu. Rozumiesz… Chcesz robić dużo rzeczy, próbować czegoś, co może mieć
niemiłe konsekwencje, bo i tak ujdzie ci to na sucho jako komuś ze świata
podziemnych. Później natomiast kończą ci się pomysły, bo prawdopodobnie
wszystkie już wykorzystałeś w pierwszych 200 latach życia i zaczynasz dostawać
na głowę. W tym czasie wszystko jest bez sensu, nie wiesz co zrobić, jak się
odnaleźć w nowej, nudniejszej rzeczywistości. Jednak przy odrobinie
cierpliwości, po jakiś pięćdziesięciu latach użalania się nad sobą, zaczynasz
po prostu szukać sobie jednej lub maksymalnie kilku pasji i całkowicie się im
oddawać. Ja na przykład postanowiłem uczynić pożytek z moich magicznych mocy,
które nigdy nie były byle jakie i robić na tym pieniądze.
-Opowiadasz o tym, jakby to był gotowy schemat. – zauważył
Alec, pełen podziwu i zdziwienia.
-Tak mało wiesz, mój drogi. – Magnus uśmiechnął się do
chłopaka i wstał od stołu, aby zacząć szukać czegoś w swojej biblioteczce. Po
chwili zdjął z niej dwie książki oprawione w barwione skóry i położył je przed
chłopakiem, czekając na reakcję. Alec
wziął egzemplarze do rąk i przeczytał.
Magnus Bane przedstawia jedyny w podziemnym świecie poradnik na temat „
2000 pomysłów na twoje pierwsze 200 lat nieśmiertelności”
Oraz
Magnus Bane – autor poradnika „2000 pomysłów na twoje pierwsze 200 lat
nieśmiertelności” przedstawia swoje drugie dzieło – „Jak nie dać się nudzie po
dwusetce!”
Zrobił zdziwioną minę i spojrzał
pytająco na Magnusa, spodziewając się wyjaśnień.
-Wolałbym nie zagłębiać się w ten temat bardziej niż to
konieczne. – stwierdził dosadnie czarownik i pospiesznie otworzył bramę. – To
jak? Gotowy na nasze zakupy?
Alec nie myślał długo. Wstał i choć wiedział w co się
pakuje, z uśmiechem złapał Magnusa za rękę i razem wkroczyli w świecący portal.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz