ALEC
Dochodziła 20, kiedy późno-letnie słońce zaczęło chować się
za horyzontem, a na ulicach Brooklyn’u zapaliły się światła. Alec spacerował po
parku jak gdyby nigdy nic. Wyglądał trochę jakby na kogoś czekał, lecz osoba
długo nie przychodziła. Po chwili kręcenia się alejkami w tę i z powrotem,
usiadł na ławce i zamknął oczy, biorąc jednocześnie głęboki wdech. „Ciekawe ile
razy będę musiał jeszcze tu tak przychodzić…” pomyślał; zrezygnowany włożył
słuchawki w uszy, włączył muzykę i powolnym krokiem ruszył w stronę wyjścia z
parku.
Drzewa zdawały
się nie mieć końca, a zwykle zapełnione młodzieżą skwery, teraz świeciły
pustkami. „Dlaczego akurat dzień jest porą, w której spotykamy się ze
znajomymi, wychodzimy z domów i spędzamy miło czas, a w nocy nakazane jest
pójście spać, podczas gdy świat jest wtedy tak piękny?”. Egzystencjalne pytania
nie mogły opuścić myśli Alec’a aż do momentu przekroczenia progu Instytutu.
- Długo kazałeś na siebie czekać! – powiedział mężczyzna,
siedzący sztywno na mahoniowym krześle, za mosiężnym biurkiem.
Alec uniósł spuszczone dotąd oczy i ich spojrzenia spotkały
się. Surowe i poddańcze, skruszałe.
-Przepraszam, nie powinienem był wychodzić.
-Jeszcze chwila a znowu spóźniłbyś się na wieczorny trening.
– ojciec patrzył na niego stanowczym wzrokiem, takim jak przyziemni rodzice
oznajmiają swoim dzieciom miesięczny szlaban
na komputer.
-Nie chciałem. – Alec spuścił głowę, starając się nie
patrzeć długo na pana Lighwoode’a. – Już idę się przebrać. – dodał, po czym
ruszył w stronę swojego pokoju.
-Za dwie minuty chcę widzieć cię na dole w sali treningowej.
– prawie krzyknął za nim ojciec.
Wszedł do pokoju,
niedbale zamknął za sobą drzwi i rzucił się na łóżko. W tym momencie trening
nie był dla niego czymś ważnym. Głowę
zajmowało mu tylko jedno pytanie: „Dlaczego znowu nie przyszła?”. Nie dawało mu
spokoju, pochłaniało całą energię. Wstał ociężale, założył na siebie
wymiętoloną, nie do końca świeżą koszulkę i przypadkowe spodenki, wsunął
zniszczone buty treningowe i od niechcenia, z głowa w chmurach zszedł na dół,
gdzie już czekał na niego Jace i Hodge.
-Jesteś wreszcie! – powitał go dość entuzjastycznie Jace. –
Myślałem, że będę musiał za pomocą mojej kreatywności ćwiczyć z parabatai,
który jest wytworem wyobraźni. Dziękuję, że jednak postanowiłeś się zjawić. –
przy czym szturchnął przyjaciela w ramię.
- Tylko my? A gdzie Izabelle i Clary? – zapytał zdumiony
Alec.
-Nie dzisiaj – odparł spokojnie Hodge. – Nasze urocze panie
będą miały okazję poćwiczyć same z moją skromną osobą w nieco innym terminie.
Dzisiaj jednak chciałbym, żebyśmy skupili się na technikach, które pomogą waszej dwójce
efektywniej wykorzystywać więź parabatai we wspólnej walce. Gotowi?
Uznając milczenie
za aprobatę, Hodge czym prędzej zaczął zajęcia. Najbardziej wymagające zajęcia,
pomijając pierwsze, podobne, które odbyli lata temu. Nie trwały na szczęście
zbyt długo, gdyż wzmożony wysiłek fizyczny i psychiczny razem wzięte nie były
wcale połączeniem dodającym energii. Wręcz przeciwnie, okazało się to
doskonałym sposobem na wykończenie dwóch w miarę doświadczonych Nocnych Łowców.
-Nieźle było… - zagadnął zdyszany Jace, gdy zmierzali w
stronę pokojów. – Może rano trochę nam odpuści.
-Nie liczyłbym na to, będzie jak zawsze. – burknął Alec
zbierając się w sobie, żeby tylko dojść do pokoju.
-Jak zwykle optymistycznie! – uśmiechnął się blondyn. –
Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć jak na nikogo innego!
-Przepraszam, Jace, ale nie jestem w nastroju. Dobranoc. –
pospiesznie wszedł do pokoju i zamknął za sobą drzwi. Nie chciał nawet siadać,
ponieważ był pewien, że nie starczyłoby mu siły woli do wstania, więc
postanowił od razu wejść pod prysznic. Gorąca woda oblała całe jego ciało,
pozwalając wszystkim spiętym mięśniom odrobinę się rozluźnić. Poczuł przyjemne
mrowienie w miejscach, w które najczęściej były kierowane ciosy trenera. Powoli
odpływał, zanurzając się w potoku wszystkich bodźców odbieranych przez jego
ciało podczas tak prostej, pospolitej czynności.
Gdy wrócił do
pokoju, jedynie marząc o wsunięciu się
pod kołdrę i oddaniu się sennej mocy nocy, pierwszą rzeczą, którą zauważył było
otwarte na oścież okno. Podświadomie od razu wdrożył wyuczony odruch i
rozglądnął się w zadziwiającym tempie po pokoju z nadzieją, że nic się nie
zmieniło dokąd ostatnio w nim był. Niestety przygotowany na to, że nic nigdy
nie idzie po jego myśli, dostrzegł niewielką postać, siedzącą na fotelu w rogu
pokoju. Odruchowo próbował chwycić pierwsze ostre narządzie, jakie znalazł pod
ręką, jednak towarzysz uprzedził go, łapiąc pięknie zdobiony sztylet i celując
nim prosto w serce chłopaka.
-Nie próbuj krzyczeć, ani uciekać, wtedy porozmawiamy
kulturalnie. – Obcy mówił powoli, lekko przyciszonym, ale przy tym stanowczym
głosem. Alec głośno przełknął ślinę, po
czym kiwnął głowa na znak aprobaty i usiadł na łóżku z rękami wystawionymi
przed siebie w geście poddania. Obcy uczynił to samo i począł wnikliwie
przyglądać się chłopakowi. Ciemne włosy Alec’a były nadal mokre, a policzki nieco zaróżowione
dzięki unoszącej się w całej łazience parze.
-Kim jesteś?- Chłopak pierwszy zaczął rozmowę, nie mogąc
znieść obezwładniającego napięcia.
-Ooj, to raczej nie jest wiedza, której potrzebujesz. –
nieznajomy uśmiechnął się podstępnie. – Jest jednak inna, istotniejsza. Przyda
ci się, bo bez niej możesz stracić coś, na czym bardzo ci zależy, młodzieńcze.
-O co chodzi?- Alec postanowił nie protestować i raczej nie
zadawać wielu zbędnych pytań, które mogłyby tylko rozjuszyć jego rozmówcę.
-Wiem na co czekałeś dzisiaj w parku. Wiem, dlaczego jesteś
tam prawie dzień w dzień. Wiem, dlaczego nadal masz nadzieję. I bardzo dobrze,
że ją masz, jednak ten, kogo oczekujesz już się nie zjawi. Nie dowie się
prawdy, nie przekaże ci informacji, których tak wyczekujesz i pragniesz.
Alec’owi odebrało mowę. Wpatrywał się w nienawistne oczy
nieznajomego i przez głowę przelatywało mu milion myśli na sekundę. „On wie”.
Myślał intensywnie. Nie mógł w tym momencie popełnić żadnego, głupiego błędu.
Nie wybaczyłby sobie tego.
-Co mam zrobić? – zapytał w końcu.
-Dobry chłopiec!- pochwalił go rozmówca.- Nie będzie to
jednak takie proste jak myślisz. Widzisz… Sprawy mają się zupełnie inaczej niż
pewnie zakładasz. Sądzisz, że możesz mi zaufać, a wcale tak nie jest. Jednak
nie pozostało ci nic innego jak podążać za moimi instrukcjami. Teraz to ma być
twoim celem. Czekaj dalej tam, gdzie do tej pory. Wkrótce ktoś się zjawi i
poinformuje cię, co dalej. A tym czasem… - podniósł rękę, skłonił się nisko i z
zawrotną prędkością czmychnął przez otwarte okno.
Alec’owi sen
natychmiast zszedł z powiek. W tym momencie nie liczyło się dlań kim jest
tajemniczy człowiek. Nie zastanawiał się nad tym. Był jednak w ciężkim szoku po
usłyszeniu informacji, że „on wie”… To on. To wszystko przez niego. Nic by się
nie zdarzyło, gdyby nie on. Nie musiałby teraz co nocy drżeć, czy go znajdzie,
czy jeszcze kiedyś go zobaczy, Magnusa…