sobota, 24 września 2016

Prolog, cz.1

ALEC

Dochodziła 20, kiedy późno-letnie słońce zaczęło chować się za horyzontem, a na ulicach Brooklyn’u zapaliły się światła. Alec spacerował po parku jak gdyby nigdy nic. Wyglądał trochę jakby na kogoś czekał, lecz osoba długo nie przychodziła. Po chwili kręcenia się alejkami w tę i z powrotem, usiadł na ławce i zamknął oczy, biorąc jednocześnie głęboki wdech. „Ciekawe ile razy będę musiał jeszcze tu tak przychodzić…” pomyślał; zrezygnowany włożył słuchawki w uszy, włączył muzykę i powolnym krokiem ruszył w stronę wyjścia z parku.
     Drzewa zdawały się nie mieć końca, a zwykle zapełnione młodzieżą skwery, teraz świeciły pustkami. „Dlaczego akurat dzień jest porą, w której spotykamy się ze znajomymi, wychodzimy z domów i spędzamy miło czas, a w nocy nakazane jest pójście spać, podczas gdy świat jest wtedy tak piękny?”. Egzystencjalne pytania nie mogły opuścić myśli Alec’a aż do momentu przekroczenia progu Instytutu.
- Długo kazałeś na siebie czekać! – powiedział mężczyzna, siedzący sztywno na mahoniowym krześle, za mosiężnym biurkiem.
Alec uniósł spuszczone dotąd oczy i ich spojrzenia spotkały się. Surowe i poddańcze, skruszałe.
-Przepraszam, nie powinienem był wychodzić.
-Jeszcze chwila a znowu spóźniłbyś się na wieczorny trening. – ojciec patrzył na niego stanowczym wzrokiem, takim jak przyziemni rodzice oznajmiają swoim dzieciom miesięczny szlaban  na komputer.
-Nie chciałem. – Alec spuścił głowę, starając się nie patrzeć długo na pana Lighwoode’a. – Już idę się przebrać. – dodał, po czym ruszył w stronę swojego pokoju.
-Za dwie minuty chcę widzieć cię na dole w sali treningowej. – prawie krzyknął za nim ojciec.
     Wszedł do pokoju, niedbale zamknął za sobą drzwi i rzucił się na łóżko. W tym momencie trening nie był dla niego czymś ważnym.  Głowę zajmowało mu tylko jedno pytanie: „Dlaczego znowu nie przyszła?”. Nie dawało mu spokoju, pochłaniało całą energię. Wstał ociężale, założył na siebie wymiętoloną, nie do końca świeżą koszulkę i przypadkowe spodenki, wsunął zniszczone buty treningowe i od niechcenia, z głowa w chmurach zszedł na dół, gdzie już czekał na niego Jace i Hodge.
-Jesteś wreszcie! – powitał go dość entuzjastycznie Jace. – Myślałem, że będę musiał za pomocą mojej kreatywności ćwiczyć z parabatai, który jest wytworem wyobraźni. Dziękuję, że jednak postanowiłeś się zjawić. – przy czym szturchnął przyjaciela w ramię.
- Tylko my? A gdzie Izabelle i Clary? – zapytał zdumiony Alec.
-Nie dzisiaj – odparł spokojnie Hodge. – Nasze urocze panie będą miały okazję poćwiczyć same z moją skromną osobą w nieco innym terminie. Dzisiaj jednak chciałbym, żebyśmy skupili się na  technikach, które pomogą waszej dwójce efektywniej wykorzystywać więź parabatai we wspólnej walce. Gotowi?
     Uznając milczenie za aprobatę, Hodge czym prędzej zaczął zajęcia. Najbardziej wymagające zajęcia, pomijając pierwsze, podobne, które odbyli lata temu. Nie trwały na szczęście zbyt długo, gdyż wzmożony wysiłek fizyczny i psychiczny razem wzięte nie były wcale połączeniem dodającym energii. Wręcz przeciwnie, okazało się to doskonałym sposobem na wykończenie dwóch w miarę doświadczonych Nocnych Łowców.
-Nieźle było… - zagadnął zdyszany Jace, gdy zmierzali w stronę pokojów. – Może rano trochę nam odpuści.
-Nie liczyłbym na to, będzie jak zawsze. – burknął Alec zbierając się w sobie, żeby tylko dojść do pokoju.
-Jak zwykle optymistycznie! – uśmiechnął się blondyn. – Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć jak na nikogo innego!
-Przepraszam, Jace, ale nie jestem w nastroju. Dobranoc. – pospiesznie wszedł do pokoju i zamknął za sobą drzwi. Nie chciał nawet siadać, ponieważ był pewien, że nie starczyłoby mu siły woli do wstania, więc postanowił od razu wejść pod prysznic. Gorąca woda oblała całe jego ciało, pozwalając wszystkim spiętym mięśniom odrobinę się rozluźnić. Poczuł przyjemne mrowienie w miejscach, w które najczęściej były kierowane ciosy trenera. Powoli odpływał, zanurzając się w potoku wszystkich bodźców odbieranych przez jego ciało podczas tak prostej, pospolitej czynności.
     Gdy wrócił do pokoju, jedynie marząc  o wsunięciu się pod kołdrę i oddaniu się sennej mocy nocy, pierwszą rzeczą, którą zauważył było otwarte na oścież okno. Podświadomie od razu wdrożył wyuczony odruch i rozglądnął się w zadziwiającym tempie po pokoju z nadzieją, że nic się nie zmieniło dokąd ostatnio w nim był. Niestety przygotowany na to, że nic nigdy nie idzie po jego myśli, dostrzegł niewielką postać, siedzącą na fotelu w rogu pokoju. Odruchowo próbował chwycić pierwsze ostre narządzie, jakie znalazł pod ręką, jednak towarzysz uprzedził go, łapiąc pięknie zdobiony sztylet i celując nim prosto w serce chłopaka.  
-Nie próbuj krzyczeć, ani uciekać, wtedy porozmawiamy kulturalnie. – Obcy mówił powoli, lekko przyciszonym, ale przy tym stanowczym głosem.  Alec głośno przełknął ślinę, po czym kiwnął głowa na znak aprobaty i usiadł na łóżku z rękami wystawionymi przed siebie w geście poddania. Obcy uczynił to samo i począł wnikliwie przyglądać się chłopakowi. Ciemne włosy Alec’a były  nadal mokre, a policzki nieco zaróżowione dzięki unoszącej się w całej łazience parze.
-Kim jesteś?- Chłopak pierwszy zaczął rozmowę, nie mogąc znieść obezwładniającego napięcia.
-Ooj, to raczej nie jest wiedza, której potrzebujesz. – nieznajomy uśmiechnął się podstępnie. – Jest jednak inna, istotniejsza. Przyda ci się, bo bez niej możesz stracić coś, na czym bardzo ci zależy, młodzieńcze.
-O co chodzi?- Alec postanowił nie protestować i raczej nie zadawać wielu zbędnych pytań, które mogłyby tylko rozjuszyć jego rozmówcę.
-Wiem na co czekałeś dzisiaj w parku. Wiem, dlaczego jesteś tam prawie dzień w dzień. Wiem, dlaczego nadal masz nadzieję. I bardzo dobrze, że ją masz, jednak ten, kogo oczekujesz już się nie zjawi. Nie dowie się prawdy, nie przekaże ci informacji, których tak wyczekujesz i pragniesz.
Alec’owi odebrało mowę. Wpatrywał się w nienawistne oczy nieznajomego i przez głowę przelatywało mu milion myśli na sekundę. „On wie”. Myślał intensywnie. Nie mógł w tym momencie popełnić żadnego, głupiego błędu. Nie wybaczyłby sobie tego.
-Co mam zrobić? – zapytał w końcu.
-Dobry chłopiec!- pochwalił go rozmówca.- Nie będzie to jednak takie proste jak myślisz. Widzisz… Sprawy mają się zupełnie inaczej niż pewnie zakładasz. Sądzisz, że możesz mi zaufać, a wcale tak nie jest. Jednak nie pozostało ci nic innego jak podążać za moimi instrukcjami. Teraz to ma być twoim celem. Czekaj dalej tam, gdzie do tej pory. Wkrótce ktoś się zjawi i poinformuje cię, co dalej. A tym czasem… - podniósł rękę, skłonił się nisko i z zawrotną prędkością czmychnął przez otwarte okno.

     Alec’owi sen natychmiast zszedł z powiek. W tym momencie nie liczyło się dlań kim jest tajemniczy człowiek. Nie zastanawiał się nad tym. Był jednak w ciężkim szoku po usłyszeniu informacji, że „on wie”… To on. To wszystko przez niego. Nic by się nie zdarzyło, gdyby nie on. Nie musiałby teraz co nocy drżeć, czy go znajdzie, czy jeszcze kiedyś go zobaczy, Magnusa…