sobota, 15 października 2016

Dwa tygodnie wcześniej...

 Wreszcie nadeszła niedziela. Nie wiedział, czy istnieje lepszy dzień, biorąc pod uwagę, że ten był jedynym, w którym mieli tylko poranny trening. To jak święta. A nawet lepiej! Zimą jeszcze więcej demonów wychodziło na ulice Nowego Jorku. Miały na to wpływ oczywiście krótsze dni, a co za tym idzie, zmrok zapadał dużo szybciej, co dawało stworzeniom nie z tego wymiaru moc możliwości.
     Alec wstał z łóżka, przeciągnął się leniwie i odsunął zasłony w jedynym oknie, jakie znajdowało się w jego nigdy do końca niewykończonym pokoju. Dzień zapowiadał się pięknie! Słońce powoli wyłaniało się zza szczytów oszklonych wieżowców. Uroki mieszkania w wielkim mieście. Spojrzał w dal i przez jego myśli przemknął obraz szklanego miasta, Alicante. Nie da się tego opisać. Ten, kto raz ujrzał mieniące się demoniczne wieże w blasku porannej jutrzenki, nigdy nie zapomni tego widoku.
     Z zadumy wyrwał go zegar, który w tym momencie wybił godzinę 7:00. „Pofolgowałem sobie dzisiaj” – pomyślał chłopak i nie czekając ani chwili, włożył spodnie, koszulkę i buty, po czym krzepkim krokiem, w cudownym nastroju zszedł do sali treningowej. Trening nie był dzisiaj długi. Samodoskonalenie się to chyba ulubiona forma ćwiczenia Alec’a, który – jako indywidualista – lepiej radził sobie, gdy nikt nie patrzył. Nie był wtedy narażony na niepotrzebny stres, czy kompromitację, której jednak do tej pory nie odczuł, podobnego dyskomfortu.
     Krótka, acz dokładna rozgrzewka, po kilka serii ćwiczeń wzmacniających, następnie pobieżne ćwiczenia na wytrzymałość. Nie trwało to długo, lecz chłopak za każdym razem dawał z siebie wszystko, gdy przekraczał próg sali treningowej. Zmęczony, ale pełen pozytywnej energii i wytworzonych w trakcie wysiłku endorfin, wrócił do pokoju i od razu wziął szybki prysznic, po którym zmienił ubranie na zwykłe czarne spodnie i lekko wyciągnięty T-shirt, a następnie zszedł na śniadanie.
     -Cześć Church! – rzucił do kota, który wylegiwał się na korytarzu. – Co u ciebie? – zagadnął wesoło, jednak w odpowiedzi otrzymał jedynie ciche mruknięcie. Postanowił uznać je za „W porządku” i ruszył dalej.
-Dzień dobry rodzino! – przywitał się przekraczając próg kuchni, w której rezydowali właśnie Isabelle i Jace. – Może znajdzie się dla mnie trochę masła orzechowego?
-Dobry wybór. – podjął od razu Jace. – Przypuszczam, że kanapki wyjdą Isabelle lepiej niż to. – po czym podniósł na widelcu coś, co miało zapewne być jajecznicą, jednak zdolności kucharskie ich siostry okazały się niewystarczające.  Dziewczyna rzuciła blondynowi znużone spojrzenie.
-Następnym razem to ty robisz śniadanie, Wayland! I obiad. – przystanęła na chwilę w zamyśleniu, po czym dodał. – I kolację też. Biorąc pod uwagę jak często krytykujesz moją kuchnie, powinniśmy poczuć się jak w renomowanej restauracji.
     Alec parsknął śmiechem, zasłaniając usta ręką, aby nie drażnić bardziej Jace’a, który już i tak cierpiał niemiłosiernie z powodu urażonej dumy.
-Wychodzisz z nami wieczorem na miasto? – zagadnęła wesoło Clary, która dopiero co weszła do kuchni. Alec zmierzył ją wzrokiem i automatycznie przyjął swoją codzienną, niewyrażającą uczuć twarz. Nie potrafił powiedzieć, dlaczego nadal tak na niego działała. Odkąd miał Magnusa, nie musiał być zazdrosny o Jace’a, ale uczucie do czarownika prawdopodobnie nie sprawiło, że to drugie osłabło. Doszło do niego po prostu, że jest ono niemożliwe do spełnienia. A jednak… Calry miała w sobie to, coś, co sprawiało, że irytowała go jej obecność.
-Nie. – rzucił krótko. – Idziemy dzisiaj z Magnusem na małe przyjęcie do jego przyjaciela. – dodał nie chcąc wyjść na gbura. Spodziewał się poczuć na sobie dziwny wzrok rodzeństwa, ale nie doczekał się go. Najwyraźniej z biegiem czasu zdążyli się przyzwyczaić do takiego stanu rzeczy, choć dla nikogo nie było to coś do końca normalnego. No, z wyjątkiem samego Alec’a, który czuł się dużo lepiej niż zwykle, nie musząc utrzymywać swoich uczuć w tajemnicy.  – Może zjem w pokoju. – zaproponował, biorąc kanapkę do ręki i wychodząc z kuchni, nie żegnając się z obecnymi w niej.
     „Czy to nie za szybko”? pomyślał Alec, będąc już sam w swoim pokoju. „Może pomyśli, że zbytnio się narzucam”.  Nie mógł się doczekać spotkania z Magnusem. Chciał spotkać się z nim jak najszybciej. Przeszło mu przez myśl, żeby szybko zjeść i  podejść do niego, jednak nie wiedział jak czarownik odbierze taką niespodziewaną, poranną wizytę. Rozmyślał nad tym przez chwilę, starannie ważąc każdą z możliwych sytuacji, w rezultacie jednak zdecydował, że nie ma nic złego w spotkaniu się trochę wcześniej, niż mieli w planach.
     Kwadrans później szedł już zatłoczonymi ulicami wielkiego miasta. Nie widział potrzeby aby używać runy niewidzialności. Nie było to polowanie na demony, jednak w głębi serca czuł tę samą adrenalinę. Po jakimś czasie skręcił w ulicę prowadzącą na Manhattan, gdzie Magnus posiadał swoje nieduże, przytulne, ekscentrycznie urządzone mieszkanie. Odnalazł właściwe drzwi i zastukał kołatką. Nikt nie otwierał. Powtórzył więc czynność, tym razem nieco głośniej, aby upewnić, się, że właściciel na pewno go usłyszy. Niestety i to nie przyniosło rezultatów. Postanowił więc nacisnąć na klamkę. Ku jego zdziwieniu, drzwi od razu ustąpiły. Wszedł do środka i od razu przywitał go słodkawy zapach, jaki zwykle towarzyszył osobie Magnusa. Rozejrzał się po mieszkaniu, lecz nie zauważył niczego niepokojącego. Skierował się do sypialni. Przesunął lekko szklane drzwi i zobaczył Magnusa, śpiącego w najlepsze pośród masy poduszek. Na skraju łóżka pochrapywał leniwie Prezes Miau. Podszedł na palcach do czarownika, usiadł powoli na łóżku i położył mu rękę na ramieniu, ku jego zdziwieniu tym razem wolnego od jakichkolwiek śladów brokatu.
-Magnus. – szepnął mu do ucha, celowo muskając je wargami. – Wstawaj.
Czarownik niedbałym ruchem strącił rękę Alec’a, mówiąc: - Prezesie Miau, to chyba nienajlepsza pora na przekąskę. – Mlasnął ustami, po czym wrócił do spania.
-Magnus. To ja, Alec. – na dźwięk tego imienia mężczyzna jakby się nieco ożywił. Rozchylił leniwie powieki i zamrugał kilka razy, najwyraźniej próbując złapać ostrość. – Przyszedłem trochę wcześniej, mam nadzieję, że nie przeszkadzam. – chłopak wyszczerzył zęby, widząc skwaszoną minę Magnusa, który chyba nie wiedział, czy na pewno już się obudził.
-Nie, skąd, rozgość się w moim cudownym śnie. – powiedział, po czym uszczypnął się lekko w rękę i dodał. – A nie! Przepraszam! To jednak nie sen. Bo ktoś tu lubi składać niezapowiedziane wizyty. – zrobił poważną minę i spojrzał groźnie na Nocnego Łowcę  - Nie spodziewałem się togo po tobie, Alexandrze Lighwood! – Alec przestraszył się, że czarownik naprawdę jest na niego zły, jednak to uczucie minęło, gdy na jego twarzy pojawił się promienny uśmiech znaczący jedynie o tym, że był to tylko bardzo udany żart.  – Coś się stało, że przychodzisz tak szybko?
-Nie. – odparł już zupełnie wyluzowany Alec. – Nie miałem co ze sobą zrobić, myślałem, że może wpadniesz na jakiś pomysł, odnośnie tego, co możemy zrobić z tak pięknym dniem. Co ty na to?
-Oczywiście, że mam. Już dawno powinienem był zabrać cię na jakieś porządne zakupy. Nie mogę patrzeć na to, jak odstajesz od reszty towarzystwa na wszystkich przyjęciach, na które nas zapraszają.
-O nie! Tylko nie to!- Alec zgłosił jawną dezaprobatę, ale widząc wzrok czarownika pod tytułem  „sam chciałeś, żebym podał propozycję, więc teraz twoje życie należy do mnie”, nie miał serca mu odmówić. – No dobrze. Zgoda, ale najpierw może coś zjesz? – zaproponował.
-Świetnie! – zgodził się Magnus. – Zgłodniałem przez noc. Ale musisz mi pozwolić na pięć minut dla prysznica. – widząc aprobatę Alec’a, w mgnieniu oka wyskoczył spod kołdry i skierował się w stronę łazienki. Nocny Łowca w tym czasie poszedł rześkim krokiem do kuchni. Nie czekając ani chwili, otworzył lodówkę i wyjął z niej kilka jajek oraz kostkę margaryny i wziął się za robienie jajecznicy. Było to jedno z nielicznych dań, które naprawdę dobrze mu wychodziły. Nie minęło więcej niż dziesięć minut, gdy Magnus wyszedł spod prysznica i usiadł do stołu, gdzie czekał na niego talerz świeżo zrobionej jajecznicy, grzanki i kubek gorącej kawy.
-No no no! Nie spodziewałem się tylu dobrodziejstw. – powiedział, posyłając przy tym Alec’owi najpiękniejszy uśmiech na jaki mógł się zdobyć. Chłopak kochał, gdy Magnus uśmiechał się w ten sposób. Najszczerszy jaki był w stanie sobie wyobrazić.  
-Więc… - zaczął Alec, gdy czarownik zapychał sobie usta jedzeniem. – Gdzie chciałbyś pójść dzisiaj na zakupy?
-Myślę. – przełknął spokojnie kawałek tostu. – Myślę, że zważywszy na charakter dzisiejszego przyjęcia, wybierzemy się na szybki wypad do Europy. Co powiesz na Paryż?
-Paryż? – uniósł brwi z zaskoczenia. – Jesteś pewien? Nie wydaje ci się lepszą opcją jakaś nowojorska galeria handlowa? Wszyscy się w takich ubierają.
-I tu jest problem drogi Alexandrze! Chcemy zrobić z ciebie na ten wieczór kogoś innego niż „wszyscy”.  
     Nie sposób wyrazić, jak bardzo to stwierdzenie nie spodobało się Nocnemu Łowcy. Jednak chciał jakoś zrekompensować Magnusowi tę zbyt wczesną pobudkę, toteż nie protestował, tylko pozwolił mu działać. W gruncie rzeczy  będzie musiał ubrać te prawdopodobnie bardzo świecące, ozdobne ciuchy tylko na to jedno przyjęcie, a zaraz po nim znów wskoczy w swój ulubiony rozciągnięty T-shirt i postara się jak najszybciej zapomnieć o zaistniałej sytuacji.
     Czarownik nie spieszył się zbytnio z jedzeniem. Patrząc na niego i widząc, że to zajmie chwilę czasu, Alec również zdecydował się na kawę. „Potrzebuję jakiejś pomocy z zewnątrz” – pomyślał. „To będzie długi dzień”.
- Wszyscy nieśmiertelni mają zawsze na wszystko czas, prawda?
-Nie! Wcale nie, chociaż większość owszem. Jeśli o mnie chodzi, zależy.
-Od czego?
-Od sytuacji. – zrobił zdziwioną minę, jakby właśnie powiedział coś najbardziej oczywistego na świecie. I to była właśnie przyczyna, dla której Alec nie zwykł zadawać wielu pytań. Bał się, że wyjdzie na kogoś mniej douczonego od reszty.  – Oh Alexandrze… Myślałem, że Nocni Łowcy są bardziej wyedukowani. Widzę jednak, że uczą was tylko sztywnych faktów, żebyście później nie wiedzieli nic o tym jak jest w prawdziwym życiu. – Położył szczególny nacisk na przedostatnie słowo. Chłopak patrzył na niego wyczekująco, toteż czarownik kontynuował. –Wszystko zależy od tego, ile lat masz. Co prawda większość po dwusetnych urodzinach traci rachubę. Ale rzecz w tym, iż im krócej jesteś nieśmiertelnym tym masz mniej czasu. Rozumiesz… Chcesz robić dużo rzeczy, próbować czegoś, co może mieć niemiłe konsekwencje, bo i tak ujdzie ci to na sucho jako komuś ze świata podziemnych. Później natomiast kończą ci się pomysły, bo prawdopodobnie wszystkie już wykorzystałeś w pierwszych 200 latach życia i zaczynasz dostawać na głowę. W tym czasie wszystko jest bez sensu, nie wiesz co zrobić, jak się odnaleźć w nowej, nudniejszej rzeczywistości. Jednak przy odrobinie cierpliwości, po jakiś pięćdziesięciu latach użalania się nad sobą, zaczynasz po prostu szukać sobie jednej lub maksymalnie kilku pasji i całkowicie się im oddawać. Ja na przykład postanowiłem uczynić pożytek z moich magicznych mocy, które nigdy nie były byle jakie i robić na tym pieniądze.
-Opowiadasz o tym, jakby to był gotowy schemat. – zauważył Alec, pełen podziwu i zdziwienia.
-Tak mało wiesz, mój drogi. – Magnus uśmiechnął się do chłopaka i wstał od stołu, aby zacząć szukać czegoś w swojej biblioteczce. Po chwili zdjął z niej dwie książki oprawione w barwione skóry i położył je przed chłopakiem, czekając na reakcję.  Alec wziął egzemplarze do rąk i przeczytał.

Magnus Bane przedstawia jedyny w podziemnym świecie poradnik na temat „ 2000 pomysłów na twoje pierwsze 200 lat nieśmiertelności”
Oraz
Magnus Bane – autor poradnika „2000 pomysłów na twoje pierwsze 200 lat nieśmiertelności” przedstawia swoje drugie dzieło – „Jak nie dać się nudzie po dwusetce!”

    Zrobił zdziwioną minę i spojrzał pytająco na Magnusa, spodziewając się wyjaśnień.
-Wolałbym nie zagłębiać się w ten temat bardziej niż to konieczne. – stwierdził dosadnie czarownik i pospiesznie otworzył bramę. – To jak? Gotowy na nasze zakupy?

Alec nie myślał długo. Wstał i choć wiedział w co się pakuje, z uśmiechem złapał Magnusa za rękę i razem wkroczyli w świecący portal. 

wtorek, 4 października 2016

Prolog, cz.2

MAGNUS

Magnus przetarł lekko oczy, uważając, by przypadkiem nie zepsuć idealnego makijażu, bez którego czuł się prawie nagi. Spuścił nogi i usiadł na miękkim, niewielkim łóżku. Rozglądnął się badawczo. Po prawej stronie stała wielka szafa, wyglądająca nienaturalnie w tak małym pomieszczeniu. Obok niej miejsce zajmował kwietnik, w którym rosły wielobarwne kwiaty. Na wprost łóżka stały dwa fotele tapicerowane w geometryczne wzory, a pośrodku stolik kawowy. Ściany pomalowano wyrazistą niebieską farbą. „Chciałbym poznać osobę, która dekorowała to wnętrze” – pomyślał zdegustowany czarownik. Wstał i zaczął przechadzać się po pomieszczeniu. Jednym z ważniejszych elementów, które przykuło jego uwagę było okno, a właściwie jego brak. Jedynym źródłem światła był stary żyrandol zwisający z nieco sypiącego się sufitu. „Nie przywyknąłem chyba do takich warunków”. Przeszło mu przez myśl. „Musiałem być naprawdę zmęczony, aby zatrzymać się w takim miejscu na noc.” – skarcił w myślach sam siebie.
-No nic. Czas się zmywać. – pomyślał, po czym zrobił przed sobą gest rękami z zamiarem otwarcia bramy, aby wrócić do domu.  Niestety coś poszło po jego myśli i tylko słaby obłoczek fioletowego dymu pojawił się przed nim i równie szybko zniknął. Magnus zrobił tak bardzo zdziwioną minę na jaką tylko mogła mu pozwolić jego mimika. „Co jest?” – pomyślał – „Przecież moja magia jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. A nie zrobiłem nic źle. Ba! To byłaby chyba hańba po tylu latach…” Zdesperowany spróbował jednak ponownie i równie mocno tego pożałował. Zakręcił mu się w głowie, podparł się ręką o ścianę i powoi usiadł w fotelu. „To niemożliwe. Jak żyję mi się to nie zdarzyło .”
     Stracił odrobinę rachubę czasu, myśląc intensywnie o tym, co właśnie się stało.  Po chwili jednak podniósł się, otrzepał symbolicznie z całej złej energii, którą udało mu się nagromadzić w tej krótkiej chwili i znów pewny siebie podszedł do drzwi. Nacisnął klamkę, lecz drzwi nie chciały ustąpić. „Co to to nie!” Pomyślał szybko i z całą siłą naparł na drzwi, które w mgnieniu oka otworzyły się z głośnym zgrzytem, ukazując czarownikowi niedługi korytarz, zakończony schodami. Rozglądnął się, nie okazując wielu emocji poza całkowitą pewnością siebie i ruszył rześkim krokiem w stronę zejścia na niższe piętro.
     Znalazłszy się na parterze zauważył, że znajduje się w całkowicie typowym amerykańskim domu, jakie można często spotkać w mniej zaludnionych dzielnicach.
-Dzień dobry, panie Bane! – głos pojawił się zupełnie znikąd, zupełnie jak jego krzykliwa, optymistyczna, uśmiechnięta od ucha do ucha właścicielka- niska dziewczyna w wieku nieprzekraczającym dwudziestu lat. – Jak minęła panu noc? – dodała po chwili, widząc że rozmówca jest zbyt zdziwiony by odpowiedzieć.
-Byłoby lepiej, gdybym spędził ją we własnym łóżku. – skwitował czarownik. – Co tu się właściwie dzieje? – zapytał od razu.
-O! Przepraszam za moją niefrasobliwość. Jestem Neah. – pospiesznie wytarła rękę w czerwony fartuszek i wyciągnęła ją w stronę Magnusa, który jedynie popatrzył na nią z góry i niechętnie przyjął tę uprzejmość. – Pracuję tutaj dla…  - zawahała się – dla właściciela tego domu, a w tym momencie moim zadaniem jest zrobić panu śniadanie, więc… Czego by pan sobie życzył?
    Z twarzy czarownika nadal nie schodziło zdziwienie. Spojrzał na dziewczynę, rozglądnął się po kuchni i ponownie zwrócił wzrok ku nieznajomej.
-Bardzo ci dziękuję, ale na mnie chyba już pora. – posłał Neah’i przepraszający uśmiech i ruszył w stronę korytarza, aby poszukać wyjścia z domu. Wydawałoby się, że dziewczyna będzie protestować, jednak ta stała po prostu niewzruszona i wodziła oczami za Magnusem, który w tej chwili pociągnął za klamkę. Jednak drzwi okazały się zamknięte. Odwrócił się na pięcie i wrócił do kuchni, gdzie czekała na niego zupełnie niczym niewzruszona Neah. Usiadł na krześle i zaczął powoli miarkować ją wzrokiem.
-Czy byłabyś w stanie wytłumaczyć mi, co się tutaj dzieje? Dlaczego nie mogę opuścić tego miejsca? Nie przypominam sobie, żebym dokonał tak poważnych wykroczeń, żeby aż ktoś musiał zamknąć mnie w więzieniu.
-To nie więzienie. – odparowała szybko dziewczyna. I wróciła do przygotowywania tostów z ciemnego chleba. Magnus wpatrywał się w jej ruchy, oczekując jeszcze chwilę odpowiedzi.
-Tak chyba niczego się nie dowiem. – wstał na proste nogi i z pełnym rezygnacji uśmiechem zapytał. – Czy mógłbym chociaż dowiedzieć się gdzie skorzystam z łazienki?
     Gospodyni natychmiast zostawiła tosty i zaprowadziła go na piętro, gdzie za niewielkimi drzwiami znajdowała się malutka łazieneczka, w której dominował ciasny prysznic. Magnus pospiesznie zamknął drzwi na klucz i przycisnął do nich ucho aby sprawdzić, czy dziewczyna na pewno sobie poszła. Gdy tylko usłyszał kroki schodzącej po schodach Neah’i, sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej telefon. Narysował na wyświetlaczu wzór w kształcie litery „M” i od razu wybrał numer Aleca.
-„Połączenie jest niemożliwe do zrealizowania…” – usłyszał zaraz po przyłożeniu telefonu do ucha. Otworzył czym prędzej czytnik kart i zorientował się, że ktoś wyciągnął jego SIMa.
-Szlag! – zaklął pod nosem. – Myśl Magnus! – ponaglił sam siebie i oparł się rękami o niewielką, białą umywalkę. Spojrzał w lustro i głęboko przyglądał się swojej własnej twarzy, która patrzyła na niego w odbiciu. Nie była to twarz pewnego siebie Wysokiego Czarownika Brooklyn’u, ale trochę ekscentrycznego, zagubionego Przyziemnego, który znalazł się w patowej sytuacji i nie bardzo wie, co może zrobić, aby znaleźć z niej wyjście. Nagle coś mu się przypomniało. Sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął z niej plik malutkich karteczek oraz pióro. „To moja jedyna szansa” pomyślał i szybko nabazgrał na kartce jakieś słowa, po czym wysmarował dość sporą runę i złożył kartkę na pół. „Pomysł z trzymaniem rzeczy na sytuacje awaryjne jest dość użyteczny”. Patrzył jak kartka powoli spala się pod wpływem działania runy.
-Panie Bane! Wszystko w porządku? – usłyszał nagle zza drzwi. Pospiesznie zebrał resztki spalonej wiadomości na rękę i ostrożnie włożył je do  kosza na śmieci, stojącego w rogu pomieszczenia. Otworzył drzwi i wyszedł na korytarz z najbardziej uniwersalną miną na jaką mógł się zdobyć.

-Czy coś nie tak? – Neah zmieszana popatrzyła na niego i chyba pożałowała pytania. – Jeśli już upewniłaś się, że jest dobrze i jeszcze nie uciekłem z więzienia, to chętnie zjem moje tosty i wrócę do pokoju, żeby zastanowić się nad tą niespotykaną sytuacją. Dziękuję. – zszedł do kuchni wziął talerz i wrócił do pokoju, starannie zamykając za sobą drzwi. Usiadł w fotelu, położył tosty na stoliku obok i skosztował posiłku, mając nadzieję, że jego wiadomość dotrze szczęśliwie do Alec’a.

sobota, 24 września 2016

Prolog, cz.1

ALEC

Dochodziła 20, kiedy późno-letnie słońce zaczęło chować się za horyzontem, a na ulicach Brooklyn’u zapaliły się światła. Alec spacerował po parku jak gdyby nigdy nic. Wyglądał trochę jakby na kogoś czekał, lecz osoba długo nie przychodziła. Po chwili kręcenia się alejkami w tę i z powrotem, usiadł na ławce i zamknął oczy, biorąc jednocześnie głęboki wdech. „Ciekawe ile razy będę musiał jeszcze tu tak przychodzić…” pomyślał; zrezygnowany włożył słuchawki w uszy, włączył muzykę i powolnym krokiem ruszył w stronę wyjścia z parku.
     Drzewa zdawały się nie mieć końca, a zwykle zapełnione młodzieżą skwery, teraz świeciły pustkami. „Dlaczego akurat dzień jest porą, w której spotykamy się ze znajomymi, wychodzimy z domów i spędzamy miło czas, a w nocy nakazane jest pójście spać, podczas gdy świat jest wtedy tak piękny?”. Egzystencjalne pytania nie mogły opuścić myśli Alec’a aż do momentu przekroczenia progu Instytutu.
- Długo kazałeś na siebie czekać! – powiedział mężczyzna, siedzący sztywno na mahoniowym krześle, za mosiężnym biurkiem.
Alec uniósł spuszczone dotąd oczy i ich spojrzenia spotkały się. Surowe i poddańcze, skruszałe.
-Przepraszam, nie powinienem był wychodzić.
-Jeszcze chwila a znowu spóźniłbyś się na wieczorny trening. – ojciec patrzył na niego stanowczym wzrokiem, takim jak przyziemni rodzice oznajmiają swoim dzieciom miesięczny szlaban  na komputer.
-Nie chciałem. – Alec spuścił głowę, starając się nie patrzeć długo na pana Lighwoode’a. – Już idę się przebrać. – dodał, po czym ruszył w stronę swojego pokoju.
-Za dwie minuty chcę widzieć cię na dole w sali treningowej. – prawie krzyknął za nim ojciec.
     Wszedł do pokoju, niedbale zamknął za sobą drzwi i rzucił się na łóżko. W tym momencie trening nie był dla niego czymś ważnym.  Głowę zajmowało mu tylko jedno pytanie: „Dlaczego znowu nie przyszła?”. Nie dawało mu spokoju, pochłaniało całą energię. Wstał ociężale, założył na siebie wymiętoloną, nie do końca świeżą koszulkę i przypadkowe spodenki, wsunął zniszczone buty treningowe i od niechcenia, z głowa w chmurach zszedł na dół, gdzie już czekał na niego Jace i Hodge.
-Jesteś wreszcie! – powitał go dość entuzjastycznie Jace. – Myślałem, że będę musiał za pomocą mojej kreatywności ćwiczyć z parabatai, który jest wytworem wyobraźni. Dziękuję, że jednak postanowiłeś się zjawić. – przy czym szturchnął przyjaciela w ramię.
- Tylko my? A gdzie Izabelle i Clary? – zapytał zdumiony Alec.
-Nie dzisiaj – odparł spokojnie Hodge. – Nasze urocze panie będą miały okazję poćwiczyć same z moją skromną osobą w nieco innym terminie. Dzisiaj jednak chciałbym, żebyśmy skupili się na  technikach, które pomogą waszej dwójce efektywniej wykorzystywać więź parabatai we wspólnej walce. Gotowi?
     Uznając milczenie za aprobatę, Hodge czym prędzej zaczął zajęcia. Najbardziej wymagające zajęcia, pomijając pierwsze, podobne, które odbyli lata temu. Nie trwały na szczęście zbyt długo, gdyż wzmożony wysiłek fizyczny i psychiczny razem wzięte nie były wcale połączeniem dodającym energii. Wręcz przeciwnie, okazało się to doskonałym sposobem na wykończenie dwóch w miarę doświadczonych Nocnych Łowców.
-Nieźle było… - zagadnął zdyszany Jace, gdy zmierzali w stronę pokojów. – Może rano trochę nam odpuści.
-Nie liczyłbym na to, będzie jak zawsze. – burknął Alec zbierając się w sobie, żeby tylko dojść do pokoju.
-Jak zwykle optymistycznie! – uśmiechnął się blondyn. – Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć jak na nikogo innego!
-Przepraszam, Jace, ale nie jestem w nastroju. Dobranoc. – pospiesznie wszedł do pokoju i zamknął za sobą drzwi. Nie chciał nawet siadać, ponieważ był pewien, że nie starczyłoby mu siły woli do wstania, więc postanowił od razu wejść pod prysznic. Gorąca woda oblała całe jego ciało, pozwalając wszystkim spiętym mięśniom odrobinę się rozluźnić. Poczuł przyjemne mrowienie w miejscach, w które najczęściej były kierowane ciosy trenera. Powoli odpływał, zanurzając się w potoku wszystkich bodźców odbieranych przez jego ciało podczas tak prostej, pospolitej czynności.
     Gdy wrócił do pokoju, jedynie marząc  o wsunięciu się pod kołdrę i oddaniu się sennej mocy nocy, pierwszą rzeczą, którą zauważył było otwarte na oścież okno. Podświadomie od razu wdrożył wyuczony odruch i rozglądnął się w zadziwiającym tempie po pokoju z nadzieją, że nic się nie zmieniło dokąd ostatnio w nim był. Niestety przygotowany na to, że nic nigdy nie idzie po jego myśli, dostrzegł niewielką postać, siedzącą na fotelu w rogu pokoju. Odruchowo próbował chwycić pierwsze ostre narządzie, jakie znalazł pod ręką, jednak towarzysz uprzedził go, łapiąc pięknie zdobiony sztylet i celując nim prosto w serce chłopaka.  
-Nie próbuj krzyczeć, ani uciekać, wtedy porozmawiamy kulturalnie. – Obcy mówił powoli, lekko przyciszonym, ale przy tym stanowczym głosem.  Alec głośno przełknął ślinę, po czym kiwnął głowa na znak aprobaty i usiadł na łóżku z rękami wystawionymi przed siebie w geście poddania. Obcy uczynił to samo i począł wnikliwie przyglądać się chłopakowi. Ciemne włosy Alec’a były  nadal mokre, a policzki nieco zaróżowione dzięki unoszącej się w całej łazience parze.
-Kim jesteś?- Chłopak pierwszy zaczął rozmowę, nie mogąc znieść obezwładniającego napięcia.
-Ooj, to raczej nie jest wiedza, której potrzebujesz. – nieznajomy uśmiechnął się podstępnie. – Jest jednak inna, istotniejsza. Przyda ci się, bo bez niej możesz stracić coś, na czym bardzo ci zależy, młodzieńcze.
-O co chodzi?- Alec postanowił nie protestować i raczej nie zadawać wielu zbędnych pytań, które mogłyby tylko rozjuszyć jego rozmówcę.
-Wiem na co czekałeś dzisiaj w parku. Wiem, dlaczego jesteś tam prawie dzień w dzień. Wiem, dlaczego nadal masz nadzieję. I bardzo dobrze, że ją masz, jednak ten, kogo oczekujesz już się nie zjawi. Nie dowie się prawdy, nie przekaże ci informacji, których tak wyczekujesz i pragniesz.
Alec’owi odebrało mowę. Wpatrywał się w nienawistne oczy nieznajomego i przez głowę przelatywało mu milion myśli na sekundę. „On wie”. Myślał intensywnie. Nie mógł w tym momencie popełnić żadnego, głupiego błędu. Nie wybaczyłby sobie tego.
-Co mam zrobić? – zapytał w końcu.
-Dobry chłopiec!- pochwalił go rozmówca.- Nie będzie to jednak takie proste jak myślisz. Widzisz… Sprawy mają się zupełnie inaczej niż pewnie zakładasz. Sądzisz, że możesz mi zaufać, a wcale tak nie jest. Jednak nie pozostało ci nic innego jak podążać za moimi instrukcjami. Teraz to ma być twoim celem. Czekaj dalej tam, gdzie do tej pory. Wkrótce ktoś się zjawi i poinformuje cię, co dalej. A tym czasem… - podniósł rękę, skłonił się nisko i z zawrotną prędkością czmychnął przez otwarte okno.

     Alec’owi sen natychmiast zszedł z powiek. W tym momencie nie liczyło się dlań kim jest tajemniczy człowiek. Nie zastanawiał się nad tym. Był jednak w ciężkim szoku po usłyszeniu informacji, że „on wie”… To on. To wszystko przez niego. Nic by się nie zdarzyło, gdyby nie on. Nie musiałby teraz co nocy drżeć, czy go znajdzie, czy jeszcze kiedyś go zobaczy, Magnusa…